leer
pc cases
Ogłoszenia praca Anglia - Zakwaterowanie - Mapa Anglii - Randki - Porady dla imigrantów - Ogłoszenia Polonii w UK - Forum Anglia
Classified - information - Emigrants guide - Forum
Erfurt live Header8
Strona główna - Main page arrow Nauka w UK - Study in UK arrow Pijany świat
| About Us | Advertising |
Erfurt live Header10 Erfurt live leer0
Banery
Advertisement
| Mapa Anglii | Manchester | Londyn | Edynburg | Liverpool | Birmingham | Leeds | Inne |
Pijany świat PDF Drukuj Email
Oceny: / 0
KiepskiBardzo dobry 
01.05.2006.

PIJANY ŚWIAT

"Był alkoholikiem i w tej namiętności wypowiadał się bez reszty." - Emil Zegadłowicz

Młody chłopak na jednej z grup dyskusyjnych poruszył problem zagrożenia alkoholizmem szczególnie wśród młodzieży, często uderzającego ludzi nawet na wysokim intelektualnym poziomie. Z goryczą mówił o piciu jako już utrwalonym stylu życia zarówno wśród gnojków, jak i ludzi dorosłych. Trudno sobie wyobrazić na przykład spotkanie towarzyskie bez picia. Czy to będzie gra w karty, potańcówka, chrzciny czy stypa - wszędzie chlanie! Ten model nie tylko się utrwala, ale i rozprzestrzenia. Pijany swiat. Alkoholizm sięga po coraz to nowe ofiary. Tak strasznie dziś łatwo znaleźć "uzasadnienie", "usprawiedliwienie" dla picia, trudniej natomiast ograniczyć je lub z nim skończyć. Szczególnie tym słabszym, oczywiście, ale skąd wiedzieć, że jesteś tym słabszym, bardziej poddatnym, że łatwiej i szybciej od innych wpadniesz w alkoholową pułapkę?
Młodzieniec, bardzo słusznie zresztą, sam poczuł się już poważnie zagrożony, wymienił wszystkie okoliczności, w których sięga po butelkę, najwyraźniej zdawał sobie sprawę jak łatwo i szybko można się od tego świństwa uzależnić. Opowiedział nam o swoich udanych, częściej nieudanych własnych próbach kontroli nad piciem. Zakończył swoją wypowiedź sympatycznym pozdrowieniem skierowanym szczególnie pod adresem osób niepijących.

Odpowiedziałam na tę wypowiedź - wyznanie młodego człowieka, nie mogłam i nie chciałam udawać, że nic do mnie nie dotarło. Zbyt bolesny to dla mnie samej problem. Zacznęłam od tego, co ogólnie myślę o problemie alkoholizmu, potem dodałam dosyć drastyczny komentarz, niestety z własnego, osobistego doświadczenia. Henri Frederic Amiel powiedział: "Nie wyleczy się chorego, który nie wierzy w swoją chorobę." Cholernie mocno tyczy to właśnie alkoholików czy wszystkich innych chorych od czegokolwiek uzależnionych.

Wiedza jest zasobem wiadomości zdobytych dzięki uczeniu się. Ładunek, bagaż - statyczny, bierny. Tylko tyle, kropka. Świadomość jest stanem psychicznym. To zdolność zdawania sobie sprawy w kategoriach pojęciowych (uogólnienie) z tego, co jest przedmiotem postrzegania i doznań. Jest to jakby przetworzenie, obróbka napływających danych. Świadomość "organizuje" dane dostarczane jej przez zmysły, pamięć, dzięki czemu możemy się umiejscowić w czasie i przestrzeni oraz wobec otaczającej nas rzeczywistości. Jest rozeznaniem co do naszego istnienia, naszych czynów i zewnętrznego świata. Tyle teoria.

Weźmy więc alkoholika. Alkoholik "wie" najczęściej o szkodliwości picia. Może być nawet zupełnie nieźle obryty w teorii: znać kryteria alkoholizmu, mieć rozeznanie w symptomach tej choroby, jej stadiach, a nawet pułapkach. I co z tego? Wie, ale pije. Bo nie bierze sobie tej wiedzy do siebie i swego stanu. Są może tacy, którzy mają problem, ale nie on, a w każdym razie - jeszcze nie! Taki, co nie widzi problemu, nie będzie próbował go rozwiązać. Alkoholicy znani są właśnie z tego, że bronią się przed "świadomością" może nie tyle rękami i nogami co ucieczką, która w ich przypadku jest coraz uporczywszym zapijaniem pały. Żeby nie myśleć, żeby nie oceniać, żeby niby wiedzieć, ale bez bycia świadomym. A taki uciekinier od siebie samego jest bez szans.

"Świadomy" alkoholik przetrawił docierające do niego dane: i coraz bardziej drastyczne reakcje własnego organizmu, i obserwacje pijącego otoczenia, i to, co trąbią mądralińscy lekarze. Pokombinował, rzucił okiem na dotychczasowe życie, zastanowił się nad tym, co go czeka. Dokonał wartościowania, oceny - uznał swój problem. Wie, że jest alkoholikiem i ma do wyboru: albo kontynuować, kontynuować aż do fatalnego końca, albo coś z tym zrobić. Już dużo zrobił - obudził świadomość! Jest to pierwszy, faktycznie najważniejszy krok na drodze walki z nałogiem - dopiero teraz ma szansę.

Młody człowiek, który zainicjował ten trudny temat, oczywiście pewnie nawet nie wiedział, że ta jego tak szczera wypowiedź bardzo mnie poruszyła, a to jego pozdrowienie trafiło prosto do mnie. Dlaczego? Bo od ilu to już lat? - będzie dziewięć - jak siedzę przed komputerem, sącząc rdzo-żerną coca- colę, która zastąpiła szklaneczki już od bardzo wczesnego wieczora aż do kompletnego zamroczenia - szklaneczki niezmordowanie napełniane czerwonym winkiem, lubiłam też różowe, nie powiem, a jako że mieszkam we Francji napitku tego duży wybór i nie przesadzony dostatek.

Czytelnicy moich felietonów, znają moją historię i wiedzą jak przez dziesięć długich lat borykałam się z depresją. Z depresją i... z alkoholem. W tym cholerstwie nie wiesz, co pierwsze, gdzie początek, gdzie koniec. Pijesz, bo jesteś w depresji? A może jesteś w depresji, bo pijesz?

Ja tankowałam zdrowo. Najpierw w towarzystwie, tu wszyscy chleją - normalka. Później moje "towarzyskie picie" coraz gorzej przechodziło, bo zamiast stawać się po poprawnym literku zabawowa jak wszyscy, mnie brało na smutki i czarną desperację, sama zaczęłam rozumieć, że psuję innym radochę. Zaczęłam więc pić w samotności, a krótko potem nie tylko już w samotności, ale i w ukryciu. Baba po trzydziestce, niby kochająca matka dwójki najwspanialszych dzieci, a moczymorda straszliwa, przyczajona. Ładny obrazek, nieprawdaż?

Tak to wspominam w "Krzywym zwierciadle":
"A ja się leczyłam, realizowałam dziesiątki recept, przyjmowałam serie zastrzyków, robiłam najróżniejsze badania, analizy. Z jakim skutkiem? Od jednej depresji do drugiej i kolejny model leczenia i następne rendez-vous. A zawsze też było pod ręką lekarstwo na własny rachunek, na domowy użytek. Wyrób stanowczo już nie farmaceutyczny. Mowa oczywiście o winku, moim wiernym kompanie i wspólniku. Wino podrzędne, byle jakie, za to w ilościach przerażająco obfitych. Porcyjka wina, które uspokaja, rozluźnia, dodaje odwagi, otuchy, niekiedy ułatwi płacz. Pewnie to znasz. Wspomaga towarzysko, skraca beznadziejnie puste wieczory, pozwala zasnąć i głęboko spać. Jest oczywiście i druga strona medalu, a tej pewnie nie znasz, bo skąd?
Alkohol, który prowokuje agresję, zaostrza pretensje i żale, powoduje rozdrażnienie, niepokój. Nie znasz tego, to słuchaj dalej jak problemy i kompleksy wyolbrzymia, pogłębia jeszcze rozpacz, poczucie samotności, zagubienia i co jest chyba najgorsze, staje się źródłem wstydu, poczucia winy, jak również zamroczonej lecz dokuczliwej świadomości daleko posuniętej autodestrukcji. Już od tego samego można się zapić na śmierć. "

Tak trwało lata, szybko i ostro posuwałam się w procesie. Wszyscy leczący mnie specjaliści orzekali zgodnie - alkoholiczka! Proponowali, a raczej szantażowali wszyciem esperalu czy jakiegoś innego tam straszaka, stanowczo odmawiałam, nie przyjmując do wiadomości ich diagnozy. Wreszcie uwierzyłam. Gdy zaczęły się objawy tak typowe jak konieczność porannego klina, bez którego nie było nawet mowy, by normalnie myśleć i żyć, gdy budziłam się półprzytomna, roztrzęsiona i moim pierwszym rozrusznikiem stawała się wypijana gdzieś w zamkniętym sraczu butelka piwa, powiedziałam sobie koniec ze mną - depresja depresją, a ewidentny alkoholizm swoją drogą. Naga, brutalna prawda.

Wielka Opatrzność czuwała nade mną. Ta Opatrzność, która dała mi dwójkę tak bardzo kochanych i kochających mnie dzieci. Tym razem była to pięcioletnia Dorotka, która znalazła mnie pijaną, myślę, że w stanie komatycznym. Nie tylko, że przeciwstawiła się uzasadnionej agresji swojego własnego ojca, który wściekły na żonę - pijaczkę chciał roznieść ją na strzępy, na pewno przerażona tak brutalną, trudną do wyobrażenia sytyacją, zajęła się mną z całą opiekuńczością i miłością, na jaką było ją stać. A stać ją było na bardzo dużo, bo ta jej reakcja zaważyła o wszystkim - o całym naszym dalszym, czyli dotychczasowym życiu. Pamiętam, że mnie poiła, karmiła, jako że pijąc nigdy nic nie jadłam, czytała mi swoje najukochańsze historyjki, mówiła o swojej dla mnie miłości... Jeszcze dzisiaj czuję gulę wzruszenia, gdy o tym pomyślę.

I to był ostatni raz, gdy tknęłam alkohol. Właśnie wtedy, gdy tuliłam do siebie przerażone i kochane dziecko, powiedziałam sobie raz na zawsze - koniec, basta! Na drugi dzień wstałam, jakbym nigdy w życiu nie piła, nie miewała obrzydliwych objawów wrednego kaca. Żadnych lekarzy, odwyków, środków uspokajających, kroplówek i tego całego medycznego cyrku - nic! Żadnych też symptomów braku alkoholu we krwi, a zaprawiałam przecież codziennie i to sporo, i to od wielu lat. Żadnych skojarzeń, przymusu czy ciągot do choćby kropli - nic! Cud boski - enigma.

Zaczęłam nowe życie bez alkoholu, pozostając we własnej świadomości - byłą alkoholiczką. Pamiętam, że najbardziej się bałam, żeby przez nieuwagę w towarzyskim zamieszaniu nie chwycić za czyjąś szklankę wypełnioną alkoholem albo że jakiś pijany "dowcipniś" przemyci mi alkohol do mojej coli czy lodów, co zresztą faktycznie miało miejsce i gdyby nie mój trzeźwy obserwacyjny zmysł, mogłam wpaść w takie dowcipniaste, pijackie sidła. To prawda, że ci pijący nie lubią za bardzo tych, co się wyłamali. A ja, jako ta "alkoholiczka", bałam się nawet kropli, która może ruszyć ten diabelski młyn od nowa.

Życia w towarzystwie, w towarzystwie według mnie pijącym coraz więcej i zdecydowanie ponad miarę, musiałam się nauczyć jakby od początku. Ale to też przyszło mi dość gładko i teraz często się zdarza, że na różnych naszych spotkaniach znów jestem tak zwaną duszą towarzystwa, intonując i wkładając całą duszę w nasze młodzieńcze, co tu dużo mówić, pijackie śpiewki - ja, jedyna pośród całego grona mocno zawianych, która nie tknęła nawet kropli.

Wszędzie i zewsząd otoczona jestem alkoholem. Dużo przyjmujemy, nie mam najmniejszego problemu serwując wino do obiadu, napełniając puste kieliszki, nawet na jotę mnie to nie rusza. Rusza mnie natomiast sytuacja, gdy widzę, że ktoś pije nie dla przyjemności picia, dla weselszego spędzenia czasu w towarzystwie, lecz pije, bo go coś boli, bo chce zapomnieć, bo zapija problem. O tak, wtedy wracają moje koszmarne wspomnienia mojego koszmarnego picia i czuję się bardzo, ale to bardzo źle. I takiego picia innych - picia na umór - unikam.

I jeszcze jedno, co chcę tu powiedzieć. Młody człowiek usiłował postawić sobie autodiagnozę, stwierdzić obiektywnie, rzeczowo - czy i na ile jest już uzależniony? Właśnie co do takiej autodiagnozy podchodziłabym bardzo sceptycznie. Mnie stawiali diagnozę psychiatrzy, a więc, jakby nie było specjaliści. I co się okazało? Że ta ich mądralińska diagnoza, to jedno wielkie byle co.

Niedawno obejrzałam telewizyjny bulwersujący program właśnie o alkoholizmie wśród kobiet. Statystyki, problem picia w ukryciu, sposoby leczenia i koniecznej psychoterapii. Rozdziawiłam gębę, chłonąc każde słowo - przecież mówili o mnie. Na zakończenie programu prowadzący poprosił o podsumowanie jakiegoś profesora, w każdym razie na pewno jednego z większych mądralińskich. Zadał mu następujące pytanie - A co pan powie, panie profesorze, gdy zgłosi się do pana alkoholiczka i powie panu, że przestała pić sama z siebie, bez pomocy medycyny? - Nawet się długo nie zastanawiał, ten tytułowany, i trzepnął zdecydowanie - Powiem o niej, że albo nie była alkoholiczką, albo pije nadal w ukryciu.

Jezusie, ale mną rzuciło! A ja?! Przecież diagnoza była twarda jak drut, a i symptomy wierniutkie co do joty, a wyszłam z tego gówna sama i to w dodatku najzupełniej bezboleśnie, a nie piję też przecież w ukryciu... No chyba bym go strzeliła w mordę za takie byle co gadane publicznie i na pewniaka - głupi bufon, konował jeden! A to mnie wnerwił. Szkoda, że mnie nie zaprosili na to dyskusyjne forum.

Dobrze, że mnie nie zaprosili i że nie dałam w mordę temu "specjaliście". Rację miał. A uświadomił mnie o tym mój ostatni psychiatra, którego raz nienawidzę, a raz uwielbiam i do którego mam pełne zaufanie. Opowiadam mu ostatnio co i jak i aż się trzęsę z oburzenia, że takie banialuki gada się w programie telewizyjnym, kiedy ja jestem przecież żywym przykładem, że można samemu, że wystarczy betonowa decyzja, silna wola, konsekwencja i tego typu różne psychiczne duperele, a mój psychiatra na to, że się mylę, że niestety mylili się w diagnozie jego koledzy. Miałam bardzo poważne problemy z alkoholem, ale nigdy nie byłam alkoholiczką. Gdybym nią była, nie wyszłabym z tego sama. U alkoholika następuje bardzo głęboka zmiana całej struktury psycho-fizycznej i niestety bez środków wspomagających i bez długoterminowej psychoterapii wyciągnąć się z nałogu nie da.

Toteż wiedząc to wszystko, zwróciłam się do mego rozmówcy jakoś w te słowa: z tego, co widzę, też nie jesteś alkoholikiem. Jeszcze nie! Jeszcze potrafisz skończyć z tym sam. Abyś tylko chciał! Abyś mi uwierzył, że życie bez picia staje się nie tylko prawdziwsze, ale też stanowczo łatwiejsze.

I jeszcze a propos niektórych kretyńskich psychiatrów. Na tego, co mnie szantażował wszyciem esperalu - bo inaczej do swojej prywatnej kliniki (!), drogiej jak cholera, nawiasem mówiąc, następnym razem wcale mnie nie przyjmie - byłam cholernie zawzięta. Kiedy minęły już jakieś cztery lata, gdy przestałam trunkować, specjalnie pojechałam do głupka, by mu się pokazać - trzeźwa jak gwizdek bez jego zasranego esperalu. Nie wiem, co mnie motywowało, chyba szuszotana w tej klinice opinia, że Polacy to z definicji moczymordy, może chciałam mu udowodnić, że niekoniecznie?

Opowiedziałam mu co i jak i tylko jednym się trochę w moich oczach zrehabilitował, bo otworzył gębę w najwyższym niedowierzaniu, a potem przyznał mi konfidencjonalnie - jakby w nagrodę - że wobec alkoholizmu medycyna jest faktycznie bezsilna, lekarzom udaje się wyciągnąć z gorzałkowania tylko mizerne pięć procent. Prawdziwe uzdrowienia, to właśnie takie "samoistne" jak moje. Tu mi zaczął się zwierzać, jaką to on darzy sympatią Polaków, od wielu lat ma polską gosposię w swojej nadzianej willi, itp. Bliski był prawie zaproponowania mi pracy w klinice - coś jakby salowa, szybko go osadziłam, że mam znacznie wyższe ambicje, a co.

Potem się zastanowił i liczyć zaczyna - To już cztery lata jak pani nie trunkuje, jeszcze jeden roczek i można spróbować. Po jakichś pięciu latach mechanizm uzależnienia wygasa. Tu mnie wkurzył tak, że aż mnie z krzesła poderwało. - Panie doktorze drogi - walę prosto z mostu - takie rady to może pan dawać swoim pacjentom, ciężko bulącym za wszycie sobie tego pańskiego esperalu! - Zupełnie nie łapał, o co się tak rzucam, nie widział problemu, więc mu wyjaśniłam dosadnie i dosyć drastycznie.

- Słuchaj pan, gdybym się dzisiaj dowiedziała, że na sto procent umrę, powiedzmy, za trzy tygodnie, wtedy BYĆ MOŻE tak, wtedy być może, bym się pokusiła, by na rozluźniającym rauszu zejść z tego świata. Śmiertelna maligna, pijacka maligna to nawet trochę podobne. Nigdy nie będę miała na szczęście takiej pewności, bo nikt jej nie ma i wciąż podkreślam mocno problematyczne - być może! Bo może akurat przyjdzie mi ochota złożyć rączki do Bozi ze świadomością kryształową jak kryształ, też tak może się zdarzyć? Natomiast mogę panu powiedzieć z absolutnym przekonaniem jedno - życia z alkoholem, czy będzie ono trwało dwa, pięć czy może jeszcze pięćdziesiąt lat - nie biorę w ogóle pod uwagę. Albo życie, albo alkohol! Trzeba wybrać. I ja już tego nieodwracalnego wyboru dokonałam.

Nie wiem, czy coś z tego zrozumiał, bo miał minę zszokowanego szympansa. Za to nie wziął należności za konsultację, co u takiego dorobkiewicza na biednych pijaczkach i narkomanach musiało być poświęceniem nie lada, a, i jeszcze przy pożegnaniu poderwał dupsko z fotela, by szarmancko - po polsku, rzec można, z szacunkiem pocałować mnie w rękę. Z jego gabinetu wyszłam dumna jak paw, taka ze mnie cholera. ;-) Za siebie dumna, za moją moralną nad tym pretensjonalnym patafianem przewagę, dumna za wszystkich alkoholików porywających się na rzecz tak trudną, jaką jest zerwanie z nałogiem.

Na zakończenie pozdrawiłam mojego rozmówcę w najserdeczniejszych słowach, jakie potrafiłam znaleźć, życząc mu jak najszybszego podjęcia wyzwalającej, betonowej decyzji. Tu go zapewniłam, podobnie jak wszystkich, którzy borykają się z alkoholowym problemem - jeśli macie jakiekolwiek pytania czy wątpliwości, walcie do mnie jak w dym! Bardzo poruszyła mnie szczerość tego chłopca, szczerość, która do najłatwiejszych nie należy. To właśnie ona zdopingowała mnie do powyższego świadectwa, a prawdę mówiąc, zrobiłam to publicznie i tak otwarcie po raz pierwszy. I wcale nie żałuję. Dumna jestem z siebie, że położyłam temu alkoholowemu piekłu kres, ale najważniejsze, że dumne są ze mnie i wreszcie szczęśliwe moje dzieci.


(c) Magdalena Nawrocka

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

 
     
Page 1 of 0 ( 0 comments )
 

Dodaj swoja opinie!

Pseudonim (required)


e-mail (required)
Twój e-mail nie bedzie wyswietlony na stronie! - tylko do wiadomosci administratora

Tresc opini:

©2005 MosCom 0.5.8.5d
Szukaj w portalu - Search
Logowanie.....
Login
Hasło
Pamiętaj    

Nie masz konta?
Załóż sobie

Nie pamiętam hasła
Reklama:
Angielskie testy na prawo jazdy po polsku
Advertising
Ankieta - Policzmy się sami
Erfurt live leer
Erfurt live leer
praca w anglii   praca w anglii
| Polityka Prywatności | Regulamin | Praca | Partnerzy medialni | Reklama | Pobierz Logo | Redakcja | O nas | Forum | Radio |
Ogłoszenia praca Anglia - Zakwaterowanie - Mapa Anglii - Randki - Porady dla imigrantów - Ogłoszenia Polonii w UK - Forum Anglia
Classified - information - Emigrants guide - Classified - Forum

pc components
Katalog
Copytight reserved by polonia-uk.com
2005 Manchester